wtorek, 10 listopada 2015

The Independence Day

To jutro...












niedziela, 8 listopada 2015

Pojedynek potworów - czyli król może być tylko jeden?


Są takie chwile, kiedy starego samca postanawia wygryźć młody. W świecie przyrody zazwyczaj staczają wtedy pojedynek. Bez forów, bez pułapek czy kopania dołków. Po prostu rzucają się sobie do gardeł. Tak też stało się w moim stadzie, kiedy starego, zasłużonego Black Monstera SKX779 postanowił zastąpić młodzik Orange Monster SRP309.
Wyznaczyłem im więc pojedynek! Jako, że nie chciałem, by się pozagryzały, wyznaczyłem cywilizowane reguły: uczciwe 4 rundy! Wynik okazał się zaskakujący... Ale po kolei... Przedstawić czas konkurentów do przewodzenia mojemu stadku!
Obecny, niekwestionowany przywódca stada, doświadczony, trochę sterany przez los, noszący dumnie niejedną bliznę –

SEIKO BLAAACK MOOOOOONSTER SKX779!




 Kandydat na jego miejsce młody, niedoświadczony, pachnący jeszcze fabryką –

SEIKO ORAAANGE MOOOONSTER SRP309!




DANE ZAWODNIKÓW: 

SEIKO BLACK MONSTER SKX779
Rok zakupu/rok powstania 2010/2001
Wymiary:  Szerokość bez koronki: 42 mm Wysokość: 13 mm
Szer. bransoletki (uszu): 20 mm
Waga: 190 g
Koperta/bransoleta: stal 316L
Szkło: Hardlex
Mechanizm: 7S26, automat, 21 kamieni
Funkcje: wskazania godzin, minut, sekund, dni tygodnia i miesiąca, obrotowy, jednokierunkowy bezel
Wodoszczelność: 200 m  

SEIKO ORANGE MONSTER SRP309
Rok zakupu/rok powstania 2015/2014
Wymiary:  Szerokość bez koronki: 42 mm Wysokość: 13 mm
Szer. bransoletki (uszu): 20 mm
Waga: 190 g
Koperta/bransoleta: stal 316L
Szkło: Hardlex
Mechanizm: 4R36, automat, 24 kamienie
Funkcje: wskazania godzin, minut, sekund, dni tygodnia i miesiąca, stopsekunda i ręczne dokręcenie, obrotowy, jednokierunkowy bezel
Wodoszczelność: 200 m  

Po parametrach można sądzić, że zwycięzca może być tylko jeden, ale... Na szczęście nie zawsze ten, kto gryzie pierwszy, wychodzi z walki zwycięsko! Ale pojedynek czas zacząć!  

RUNDA I – KOPERTA  

W nowej wersji koperta została niezmieniona. Zarówno wymiary jak i kształt pozostały te same. I dobrze, bo po co zmieniać coś, co moim zdaniem, jest świetne. Koperta Monstra to chyba jego najmocniejszy punkt. Kawał stali układający się idealnie na nadgarstkach małych i dużych, wpuszczany głęboko bezel, odpowiednio dobrane powierzchnie szczotkowane i polerowane. Mocny, bardzo wygodny w obsłudze, 120-klikowy bezel jest świetnie spozycjonowany. Nie ma częstego nie tylko w tańszych modelach zegarków, nietrafianie podziałek. Oczko na „12” świeci tak samo długo, jak indeksy czy wskazówki. Czarne znaczniki indeksów są dokładne zrobione, ale w pomarańczowym są ostrzejsze. Bardziej precyzyjnie wykonane. Widać to dopiero przy znacznym powiększeniu  





Taki kształt koperty i bezela wpływa niestety na to, że pomiędzy tymi elementami zbiera się bród. Na szczęście wodoszczelność 200 m przydaje się choćby do to, że zegarek można zwyczajnie umyć lub się w nim kąpać. W obu modelach zmianie nie uległ także dekiel. Stalowy, zakręcany, polerowany, z motywem fali (tsunami?) idealnie pasuje do całości. Na deklu znalazły się tylko wymagane informacje i numer seryjny. Myślę, że właśnie dzięki kopercie ten model otrzymał przydomek Monstera. Zmianie uległa jedna część koperty – koronka. I to wystarczyło, by tę rundę wygrał Black.W obu modelach zakręcana koronka spisuje się zastrzeżeń. Nie ma kłopotu z zakręcaniem. Obie koronki zakręca się płynnie, bez obawy zerwania gwintu, zmiana daty także odbywa się bez najmniejszego problemu. Można przyjąć nawet, że nakręcanie sprężyny (w nowej wersji jest to możliwe) jest wygodniejsze nową koronką bo stara jest bardziej kanciasta. Ale stara koronka jest zwyczajnie ładniejsza, ciekawsza, no i bez dwóch zdań lepiej pasuje do drapieżnego charakteru koperty! Radełkowanie na nowej koronce jest oczywiście praktyczne, nie zaszkodziło funkcjonalności ale nie-pa-su-je-te-mu-zegarku. Ponadto w starej wersji koronka na wałku jest zakręcana a w nowej nabijana. Szkło typu Hardlax jest głęboko osadzone (poniżej linii bezela) dzięki czemu jest wystarczająco chronione. W żadnym posiadanym przeze mnie Monsterze nie zaliczyłem większej rysy czy uszkodzenia.  

Wynik po pierwszej rundzie nie może być inny: Black 1: 0 Orange

RUNDA II – TARCZA   

Na tarczy zaszły największe zmiany. Na pierwszy rzut oka widać, który to samiec młody, z ostrymi, niezużytymi w potyczkach i niestartych przez czas kłami. Samiec starszy ma kły starte, bez błyszczących ozdobników, proste. Z pewnością młode zęby są wykonane dokładniej, kolorowe, metalizowane ozdóbki mogą się podobać (szczególnie atrakcyjnie wygląd to np. w wersji ”tampax' ;) ) Stare indeksy wyglądają na wykonane mniej starannie. Jedne i drugie indeksy za to świecą jak wściekłe, tak, jakby to właśnie miała być reklama Superliminovy używanej przez Seiko. W obu modelach czas świecenia jest porównywalny. Jakość wykonania innych szczegółów tarczy (napisy, wykonanie wskazówek czytelność całości) w obu modelach jest taka sama i jest naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Jednak trzeba zwrócić uwagę, że indeksy w nowym Monsterze zostały umieszczone dokładniej na swoich miejscach. Pod szkłem da się zauważyć, że indeksy godzinowe w starym modelu nie są wklejone idealnie. To, co rzuca się w oczy na tarczy nowego modelu w sobotę, to niebieski dzień tygodnia. Niedziele w obu modelach są czerwone. Niektórzy zarzucają wskazówkom Monsterów plastikowy wygląd oraz za krótką długość. Moim zdaniem nic podobnego nie ma miejsca. Wskazówki są bardzo dobrze wykonane w ich długość jest odpowiednia w tym modelu. Szczególnie dobrze wyglądają czarne wskazówki w pomarańczowym modelu. Bardzo fajnie nawiązują do czarnej ramki indeksów.  



Wynik po drugiej rundzie: Black 1:1 Orange

RUNDA III – MECHANIZM   

Mechanizmy Seiko to moim zdaniem najmocniejsza strona firmy. 7S26 - mechanizm Starego Monstera, to wół roboczy. Chyba tylko w Seiko wiedzą w ilu milionach (setkach milionów?) został wyprodukowany. O jego niezawodności przekonali się posiadacze „piątek” w najprzeróżniejszych odmianach na przestrzeni kilkudziesięciu lat, bo ten mechanizm tyle (oczywiście w różnych wersjach) jest produkowany. Balans pracuje : 21 600 półwahnięć/godzina Zakres temperatury pracy: -10 ° C do + 60 ° C Rezerwa mocy: około 41 godzin, w moim około 46 h. Łożyskowanie: 21 kamieni Opór magnetyczny: 4800 / m (60 Gs) Funkcje: godziny, minuty, sekundy, dzień, data (w dwóch językach) Dokładność producenta -20 / + 35 sek na dobę. Najczęściej jest to jednak -10 / + 15 sekund na dobę. Mój pracuje z dokładnością od +3 do +15 s/ doba (sprawdzane na elektronicznym komparatorze w kilku pozycjach przy różnych naciągnięciu sprężyny). Kaliber 7S26 jest znane ze swojej trwałości i długowieczności. Aby zapewnić odporność na uderzenia wykorzystuje opatentowaną metodę Diashock.   W Orange Monsterza nowej generacji wykorzystano też nowy mechanizm 4R36 Mechanizm ten różni się oprócz łożyskowania na 25 kamieniach zastosowaniem funkcji stopsekundy i ręcznego dokręcenia,. Właściwości pracy pozostały bez zmian. „Na ucho” w nowym mechanizmie wahnik pracuje ciszej. Ale to może być złudzeniem. Czas pokaże jak będzie wyglądała awaryjność tych mechanizmów? Ale „co się ma tam zepsuć?” Jak mawia mój zegarmistrz :) W obu modelach data przeskakuje dość długo. Dzień miesiąca zaczyna się zmieniać przed 23.00 by skończyć ok. 24.00-00.02. Za to dzień tygodnia zmienia się nad ranem :) Ręczne przestawianie daty jest bardzo wygodne i precyzyjne. Nie nastręcza najmniejszych trudności. Koronka wyciąga się pewnie a jest skoki do poszczególnych pozycji są długie przez co nie ma problemów z ustawieniem jej w wymaganej pozycji.   Jednak dzięki dodaniu stopsekundy i dokręcenia tą rundę wygrywa młodziak.  

Wynik po trzeciej rundzie: Black 1:2 Orange  

RUNDA IV – BRANSOLETA  

Oba modela otrzymujemy na stalowej bransolecie. To ciężka, masywna bransoleta z „pełnego płuca” bez cienia kompromisu w stronę jakiejś tam finezji. Kawał świetnie zaprojektowanej, bardzo wygodnej w noszeniu stali idealnie pasującej pod zegarek, który do niej został przyłączony. Nosiłem monstery na oryginalnej gumie, nosiłem na grubej skórze, nosiłem na parciaku. Były dobrze, było wygodnie. Ale, niestety, potwór w stalowym kagańcu wygląda najlepiej. Może dlatego, że ten kawałek stali jest dobrze zrobiony. Ogniwa są krótkie, dzięki czemu bransoletka układ się dobrze nawet na szczupłym nadgarstku a mikroregulacja na zapięciu pozwala szybko i bezproblemowo dopasować bransoletkę pod indywidualne gusta użytkownika. Bransoletka nie wyrywa włosów, miło szeleści i płynnie pracuje na reku. Części szczotkowane i polerowane dobrze pasują do koperty. Szybkie przedłużenia „na piankę” pozwala za to wygodnie zapinać zegarek na poduszce w pudełku :)) To standardowa bransoletka Seiko, często spotykana w starszych i nowszych modelach.  




 Wynik po czwartej rundzie: Black 2:3 Orange  

PODSUMOWANIE

Biorąc do ręki nowego Monstera i porównując go ze starym czułem, że wynika pojedynku może być właśnie taki. Nowe, młode jest dla oka zazwyczaj bardziej atrakcyjne. Ale... Do starych jestem zwyczajnie przywiązany. Stary Monster jest moją pozycją „must have” i chociaż to już mój trzeci, to przerwa między nimi nigdy nie była zbyt długa. Ten zostanie, bo i parę blizn mu przybyło i zwyczajnie go lubię. Niech się starzeje ze mną ;) Czy kupię nowego? Tak, kupię pomarańczę w standardowej, stalowej kopercie. Żadne tam czarne czy inne kolorowe. Potwór ma być potworem a nie malowanką ;) A pomarańczowe tarcza nowego jest pełna życia, zaczepna, łobuzerska. Nie pogryzą się, najwyżej wydzielę im osobne zagrody z osobnymi stadkami ;)    


czwartek, 29 października 2015

To samo nie zawsze znaczy to samo. Czyli o Citizenie co nie jest Tagiem. (A może odwrotnie?)

Nigdy do tej pory na swoim blogu nie pisałem o swoim głównym hobby. Czas to uzupełnić.Szczególnie, że coraz częściej na różnego rodzaju portalach (choćby Allegro, WP czy Onet) pojawia się masa bzdur o zegarkach.
To moja kolejna recenzja, wcześniejsze publikowałem na forach zegarkowych (www.czwarty-wymiar.pl i www.zegarkiklub.pl/forum). Od niej rozpocznę i cyklicznie będę wklejał recenzje wcześniejsze oraz świeże.

Może komuś te informację się przydadzą?  A jesli nie, to zaspokoję swoje grafomańskie zapędy ;)

To samo nie zawsze znaczy to samo. Czyli o Citizenie co nie jest Tagiem.
(A może odwrotnie?)


Pewnie większość z Was ma podobnie. Widzimy na zdjęciach zegarek. Na zdjęciach bardzo się podoba... Krótkie poszukiwania... Nie ma! Nie ma nowych, nie ma używanych... A kiedy się pojawiają od czasu do czasu, to ich cena jest zazwyczaj zaporowa.
Później oglądamy inne zegarki, inne kupujemy... i... zapominamy. Jeszcze później widzimy podobny (albo wydaje się nam, że podobny) i znów się zastanawiamy i porównujemy, szukamy.
Aż tu pewnego dnia, całkiem przypadkiem, trafia się ów poszukiwany kiedyś zegarek. A przy odrobinie szczęścia (albo nieszczęścia -  zależy jak na to patrzeć) jednocześnie trafiają do nas i pierwowzór i ten "podobny".
No i wtedy dopiero mamy dylemat i zaczynamy porównanie.

Zacznijmy więc od mojego pierwowzoru.

CITIZEN Eco Drive Perpetual Calendar BL1258-53L

citizen_horz.jpg

Ten model pochodzi z kolekcji Signature i posiada własną nazwę Courageous. Zegarek występuje w trzech wersjach kolorystycznych (granatowy, czarny i brązowy) i w wersji chrono.
Pierwsza myśl:  o kurde, ale on jest piękny! Po drugim spojrzeniu: ależ kolory! Ależ tarcza, ależ na niej gra światło! I już wiem, że znów się zakochałem 
Dwa ogniwka out i zegarek ląduje na nadgarstku. I wiem, że sporo czasu minie, aż założę jakiś inny.
Albo nie tyle wiem, ile sądzę, bo po kilku dniach otwieram paczkę a tutaj

TAG Heuer Aquaracer WAJ1110.BA0870

tag_horz.jpg

Tag Heuer produkuje tę linię od 2000 r. Mój egzemplarz pochodzi z 2012 r. I (moim zdaniem) jest najładniejszy i najciekawszy wizualnie. Zegarek występował (bo produkcję tej wersji zakończono właśnie w 2012 r. zastępując ją nowszą) w kilku wersjach kolorystycznych i limitacjach.
Pierwsza myśl: cholera, ależ kawał stali! Po drugim spojrzeniu: ależ jakość! No i niebrzydki nawet. Chociaż Tag. Zaznaczę, że akurat Tagi nie należały do tej pory do moich ulubionych zegarków. Chociaż nie potrafiłbym tego sensownie wytłumaczyć 

Wiem, że mogę wybrać tylko jednego. Więc który? Piramida prestiżu nie jest dla mnie żadnym wykładnikiem, więc postanowiłem sobie porównać oba zegarki, ot, tak na tyle obiektywnie, na ile mnie stać. A moimi spostrzeżeniami podzielić się z Wami 

Oba zegarki dostałem co prawda bez opakowań, ale wiem z wcześniejszych doświadczeń, że w obu przypadkach nie ma się do czego przyczepić. Obaj producenci schowali swoje zegarki w eleganckie opakowania. Do wykorzystanych materiałów też nie można mieć zastrzeżeń. Niebieski Citizen ma niebieskie pudełko z niebieskim środkiem, czarny Tag ma pudełko czarne, ale - uwaga - czerwona wstawka świetnie pasuje do koloru sekundnika. Mała rzecz, a cieszy.
Więc w tej kategorii REMIS 


Jak zwykle na początek garść technikaliów:

CITIZEN BL1258-53L

Model: Od 2011 r.
Wymiary: szer/wys.: 43/13 mm
Koperta/dekiel/bransoletka: Stal nierdzewna
Szkło: Szafirowe z podwójnym, wewnętrznym antyrefleksem
Mechanizm: Kwarcowy Citizen Eco-Drive E764
Wodoszczelność: 300 m
Funkcje dodatkowe: Dzień miesiąca, szybka zmiana daty przyciskiem, obrotowy bezel, zakręcana koronka.

TAG Heuer WAJ1110.BA0870
Model: Od 2010 do 2012
Wymiary: szer/wys.: 43/13 mm
Koperta/dekiel/bransoletka: Stal nierdzewna
Szkło : Szafirowe z wewnętrznym antyrefleksem
Mechanizm: Kwarcowy Eta 955.112
Wodoszczelność: 500 m
Funkcje dodatkowe: Dzień miesiąca, obrotowy bezel, szybkie wydłużenie bransoletki, zawór helowy, zakręcana koronka.

razem.jpg
razem_ok.jpg

Koperta i bransoletka

Koperty w obu zegarkach wykonane są ze stali. Udało mi się ustalić, że koperta Citizena wykonana jest ze stali 316L, natomiast Tag podaje, że jego zegarek wykonany jest ze stali nierdzewnej. Nie udało mi się ustalić z jakiej dokładnie.

W kopercie i bransolecie Citizena przeważają powierzchnie szczotkowane. Polerowana jest zewnętrzna część bezela, koronka i łączniki ogniw bransoletki. Polerowanych elementów jest niewiele, ale wizualnie dodają zegarkowi lekkości. Mocne uszy posiadają wyoblone górne krawędzie. Pozostałe krawędzie zostały delikatnie sfazowane. Koronka jest zabezpieczona przed przypadkowym uszkodzeniem odpowiednim kształtem koperty. Jej obsługa jest łatwa dzięki głębokiemu ryftowaniu. Koronka jest zakręcana a zakręcanie nie przysparza najmniejszego problemu. Powyżej koronki, dość głęboko schowany, znajduje się przycisk szybkiej zmiany daty. Bezel to element, który najbardziej przypomina bezel Taga. Przede wszystkim poprzez duże , metalowe i szczotkowane cyfry i wkładkę, na której nacięto współosiowe rowki. Wkładka Citizena jest wykonana z twardego tworzywa. Bezel jest 120 klikowy i obraca się tylko przeciwnie do ruchu zegara. Klika płynnie i ustawia się bezproblemowo. Wkładka i tarcza są dokładnie w tym samym ciemnoniebieskim kolorze.
Dekiel nie jest mistrzostwem świata, ale czepić się też nie ma za bardzo czego. Znalazły się na nim informacje o zegarku i duży orzeł Citizena stosowany chyba tylko w wyższych modelach (fajnie wygląda na wahnikach mechanizmów automatycznych) . Dekiel jest polerowano-matowy. Jest oczywiście zakręcany.
Dzięki bezelowi, płaszczyznom szczotkowanym i polerowanym, wyobleniom i kanciastościom koperta jest ciekawa. Leży wygodnie także na małym nadgarstku. Na dużym także nie będzie wyglądała źle ze względu na 43 mm i uszy nieschodzące poniżej linii dekla.
Bransoleta jest oczywiście wykonana „z pełnego płuca”. Układa się ładnie a dzięki temu, że kilka ogniw przy zapięciu jest zakręcanych, skracanie bransoletki nie przysparza najmniejszych trudności. Wymaga za to odpowiednio małego śrubokręta. Zapięcie nie posiada niestety zabezpieczenia przeciwko przypadkowemu odpięciu. Chociaż poprzez zastosowanie podwójnego przycisku chyba trudno o takie odpięcie. Nie ma też wygodnej przedłużki bransolety. Bransoletę można wymienić na pasek, chociaż nie ma takiej konieczności, bo bransoleta jest naprawdę dobrze wykonana a zegarek na paskach sporo traci. Szerokość bransolety to 24 mm. Klamra jest opatrzona logiem.

citek_koperta_tile.jpg
citek_dekiel_tile.jpg

Koperta Taga to inna bajka. To kawał ciosanej, matowej stali, bez cienia kompromisów. Moc i funkcjonalność. Po wzięciu zegarka do ręki wiem, że projektant dokładnie wiedział, co chce osiągnąć. Zegarek wzbudza zaufanie i o to chodziło. W tej kopercie nie znajdziemy niczego, co byłoby niepotrzebne czy przypadkowe.
Na elementach bezela wystających po za okrągłą krawędź, projektant nawet przewidział napięcia, aby bezel się nie ślizgał nawet obsługiwany w rękawicach czy mokrymi dłońmi. A jednocześnie koperta jest smukła, doskonale leży (mimo 43 mm) nawet na nadgarstku 16,5 cm! Koronka oczywiście jest zakręcana a jej głębokie nacięcia ułatwiają manipulowanie. Oczywiście koronka zakręca się pewnie. Koronka jest sygnowana logiem producenta. Bardzo lubię ten detal i brakło mi go w Citizenie.
Oczywiście zastosowano osłonę utrudniającą przypadkowe uszkodzenie. Osłona, podobnie jak w Citizenie, jest integralną częścią koperty.
120-to klikowy bezel działa pewnie , nie ma luzów i oczywiście ustawia się idealnie w wymaganej pozycji. Obraca się jednokierunkowo, w przeciwną stronę do ruchu wskazówek. Wkładka bezela jest gumowa. Nie wiem, czy za jakiś czas nie będzie się wykruszała. Po trzech latach nie ma na niej nawet śladu.
Na szczególną uwagę zasługuje zakręcany dekiel. Piękny, głęboki i precyzyjnie wykonany hełm głębokościowego nurka jednoznacznie wskazuje z jakim zegarkiem mam do czynienia. Na deklu znalazły się także informacje o zegarku.
Prosta bransoleta, oczywiście z pełnych ogniw, układa się dobrze i przyjemnie pracuje na ręku. Skracanie bransolety nie jest tak łatwe, jak w Citizenie i jak zwykle trzeba uważać na "gubiące się" tulejki. Dlatego dla kogoś, kto nie próbował samodzielnego skracania bransolety w innych zegarkach, sugerowałbym pomoc osoby bardziej doświadczonej.
Zapięcie bransolety nie posiada dodatkowego zabezpieczenia, ale podobnie jak w Citizenie, dwa przyciski bardzo utrudniają przypadkowe odpięcie. Na uwagę zasługuje natomiast szybkie i wygodne w obsłudze przedłużenie. Zapięcie jest logowane nazwą producenta i to zarówno na wierzchu klamry, jak i wewnątrz. Naprawdę świetnie to wygląda. Grawer jest głęboki, precyzyjnie wykonany. Szerokość bransolety przy uszach to 21 mm.

tag_koperta_tile.jpg
tag_dekiel_tile.jpg

Oba bezele są świetne. Ale chyba bardziej podoba mi się bezel Taga. Podobnie koperta. Dekiel jest oczywiście ładniejszy w Tagu. Bransoleta trochę lepiej się układa i moim zdaniem jest ładniejsza w Citizenie. Za to już klamra - oczywiście Tag.
Więc w kategorii koperta i bransoleta zwycięża Tag.

bezel_tag1_tile.jpg

Tarcze i wskazówki

Tarcze i wskazówki zostały osłonięte w obu zegarkach pod szafirowym szkłem. W obu szkłach zastosowano bardzo dobry antyreflaks (w Citizenie podwójny). Taga niestety ukarano (chociaż nie wiem za co) plastikowym cyklopem. Wiem, że pewnie komuś się to może podobać, ja lupek, póki co, nie lubię. Może za kilkanaście (lepiej kilkadziesiąt) lat polubię?
Tarcza i wskazówki Citizena zostały osadzone dość głęboko, tak, by na zewnętrznym, prawie pionowym ringu, można było umieścić indeksy minut (kreseczki) i godzin (trójkąty). Główna tarcza jest dwupoziomowa. Od jej środka biegną promieniście głębokie żłobienia . Na wyższym pierścieniu są bardziej gęste. Nakładane stalowe indeksy są polerowane i mają kształt trapezowy i są naprawdę wysokie! Indeks godz. 12.00 jest podwójny a godz. 3.00 nieco krótszy z powodu okienka datownika. Okienko wykończone jest polerowaną, stalową ramką. Ramka jest niesymetryczna a jej krawędzie górna i dolna nie biegną równolegle, a schodzą się optycznie do środka zegarka. Najniższą płaszczyznę tarczy, na której znalazło się logo producenta, informacje o zastosowanym napędzie (Eco-Drive), wodoszczelności do 300 m i wiecznym kalendarzu, projektant umieścił znacznie poniżej pierścienia z indeksami głównymi. Dzięki temu zabiegowi zegarek nabrał jeszcze głębi.
No i światło. Nie widziałem chyba zegarka, na którego tarczy światło wyprawiałoby takie cuda. Całej gry świateł, tych załamań, refleksów, odbić nie jestem w stanie oddać na zdjęciach. Trzeba to zobaczyć samemu. Efekt "plamy benzyny" udało mi się sfotografować. Nakładane indeksy godzinowe, wskazówki godzinową i minutową oraz grot sekundnika wypełniono lumą. Lumą jest także wypełnione "oczko" na bezelu. Świecenie nie jest jednak zbyt intensywne i niestety niezbyt długie. Za to ładne. Grot sekundnika ozdobiono czerwoną rameczką. To jedyny element w tym kolorze w całym zegarku. Mnie się podoba.
image.jpg

Tarcza Taga to znów inna bajka. Jest przede wszystkim matowa. Bardzo czytelna ale nie sterylna.
I tutaj projektant zastosował zabieg dwóch płaszczyzn, powodujący wrażenie większej głębokości zegarka. Jednak w Tagu najniższa płaszczyzna (na której także umieszczono logo producenta, nazwę modelu, informację o wodoszczelności (nawet 2 razy  ) oraz informację, że to "nurek profesjonalny") jest osadzona płyciej. Na wyższej płaszczyźnie umieszczono indeksy, podobnie jak w Citizenie wypełnione lumą. Wypełnione lumą jest także "oczko" na bezelu. Okienko daty znalazło się po lewej stronie, na godz. 9.00.
Tag ma bardzo ładne, rozszerzające się w stronę bezela i wypełnione lumą, proste wskazówki godzinową i minutową. Ich krój idealnie pasuje do całej stylistyki zegarka. Lubię ten typ wskazówek. Na najbardziej zewnętrznym pierścieniu umieszczono indeksy minut (kreseczki) i godzin (kwadraciki) a godz. 12, 3, 6 i 9 oznaczono trójkącikami. Te indeksy fajnie odbijają się w pionowym, polerowanym pierścieniu. Tarcza została ozdobiona pionowymi żłobieniami, mnie jednoznacznie kojarzącymi się z boazerią. Ale w tym zegarku boazeryjny efekt mi nie przeszkadza. Może dlatego, że w przeciwieństwie do np. Orient Stara GMT czy gerlachowego Orła nacięcia są dość gęste. Czerwony sekundnik został na grocie także wypełniony lumą. Luma Taga świeci na zielono. Świeci dłużej i intensywniej niż w Citizenie.
Tarcza Taga idealnie oddaje charakter zegarka. Jest na pierwszy rzut oka prosta, bardzo czytelna w każdych warunkach i podobnie jak koperta z bransoletką od razu mówi z jakim zegarkiem mamy do czynienia.

IMG_1823.jpg

swiecenie.jpg

No i na końcu czas na serce każdego zegarka - mechanizm. 

Oba Zegarki napędza mechanizm kwarcowy. W Citizenie to własny kaliber Eco-Drive E764 perpetual calendar, w Tagu zaś Eta 955.112.
I od razu powiem, że mechanizm Citizena bije na głowę tagową Etę. I nawet nie chodzi tutaj o ogniwo słoneczne ładujące akumulator, ale o zastosowanie rozwiązań oszczędzających energię i widowiskowe ustawianie wskazania. W ciemności, nawet pod mankietem, zegarek zasypia. Pracują tylko wskazówki godzinowa i minutowa a sekundnik zamiera na godzinie 12.00. Kiedy na tarczę padnie światło, sekundnik ożywa i ustawia się w odpowiedniej pozycji, ruszając żwawo dalej. Warto zaznaczyć, że sekundnik nie ma "bicia" i pracuje "na sztywno" w zakresie godzin 8.00 - 6.00. Natomiast między 6.00 a 8.00 widać delikatne cofanie się sekundnika. Nie wiem, czy wszystkie egzemplarze tak mają, czy tylko mój. Wskazówka minutowa przesuwa się co 15 sekund czyli pokonuje dystans minuty w czterech skokach. Przy patrzeniu en face sekundnik trafia w indeksy.
Oczywiście tagowa Eta to nie jest zwykły, powszechnie stosowany kwarcowy mechanizm.
To mechanizm kwarcowy, ale łożyskowany na siedmiu kamieniach. Próżno w nim jednak szukać smaczków Citizena. Sekundnik nie trafia w indeksy.
Oba mechanizmy pracują precyzyjnie. Po tygodniu oba Zegarki przyspieszyły o ok. 2 s.

Podsumowanie

Chciałbym mieć oba te zegarki! Bo mimo pewnych podobieństw, są jednak bardzo różne. Oba są naprawdę świetne. Oba bardzo dobrze leżą na małym nadgarstku, oba robią wrażenie. Chociaż oczywiście każdy w inny sposób. Citizen to taki deskdiver. Do wszystkiego. No, może pod mankiet białej koszuli już nie. Ale do wszystkiego innego jak najbardziej. Przy czym raczej na bransolecie niż pasku.
Tag u mnie też będzie robił za nurka co najwyżej podbiurkowego. No, może zabiorę go na basen czy nad morze.
Teraz mogę wybrać tylko jeden, dlatego zdecydowałem się jednak Citizena. Z powodu wyglądu i mechanizmu. Mam upatrzonego i czekam  Pewnie niedługo później będę poszukał Taga, ale będzie to jednak zegarek mechaniczny, szczególnie, że egzemplarze używane są tylko niewiele droższe niż kwarcowe a Caliber 5 jest znanym i sprawdzonym mechanizmem.
Warto też zaznaczyć, że mimo swojej niemałej przecież wielkości oba zegarki pasują na małe nadgarstki. Ja mam tylko 16,5 cm a oba zegarki leżały dobrze, były wygodne i nie wyglądały źle. Pewnie także dlatego, że oba są dość płaskie.

citek_na_reku_tile.jpg

razem1.jpg

wtorek, 8 września 2015

Odważni uchodźców się nie boją. Głupi też nie.

Za dziesięć czy piętnaście lat nasze dzieci, stuprocentowi obywatele i obywatelki Europy, dumni posiadacze paszportów Schengen, z pokończonymi europejskimi szkołami, gdy będą chciały się dowiedzieć, czy byliśmy przyzwoitymi ludźmi, nie zapytają, jak głosowaliśmy w tym czy innym referendum, ani czy byliśmy za planem Junkcera czy przeciw. Zapytają, co zrobiliśmy, gdy u wybrzeży Europy utonęło pierwsze dziesięć, sto i tysiąc osób. Zapytają, czy byliśmy za pomocą, przyjęciem i integracją czy za budową murów, deportacjami i pałowaniem na granicach. Czy wybraliśmy odwagę czy strach.
Pisze Jakub Dymek dla portalu Wirtualna Polska(1)

A ja mam tylko nadzieję, że moje wnuki za 20, 25 lat będą jeszcze miały paszporty Schengen. Że będą mogły bezpiecznie podróżować po Europie i uczyć się lub pracować tam, gdzie będzie im się podobało. Będę mogły, dlatego, że moja Europa nie stanie się częścią Azji lub Afryki ze zwalczającymi się państewkami.
I powiedzą „dzięki dziadek!”. Dzięki, że potrafiliście być skuteczni, odważni i zwyczajnie mądrzy. Za to, że nie pozwoliliście zislamizować Europy. Że moja dziewczyna może chodzić po bezpiecznych ulicach nie obawiając się wyszydzania, lubieżnych spojrzeń i zaczepek o gwałtach nie wspominając, że możemy bezpiecznie kultywować nasze zwyczaje i mogę jeść wieprzowinę kiedy i gdzie mam na to ochotę no i popić ją piwem. Że moje państwo utrzymuje bezpieczeństwo i poszanowanie prawa jednakowego dla wszystkich i na całym swoim terytorium.
A dzięki przede wszystkim za to, że tym razem potrafiliście uczyć się na błędach innych! Że wyciągnęliście wnioski z płonących przedmieść Paryża czy Sztokholmu, że nie pozwoliliście na obcinanie głów przechodzącym w mundurach żołnierzom przez szaleńców z maczetami. Na wysadzanie autobusów, metra, strzelanin na ulicach. Dzięki dziadek za to, że nikt tutaj nie burzy starych pomników, nie domaga się niszczenia obrazów, nie żąda osobnych autobusów, szkół, basenów dla kobiet i mężczyzn. Nie kaleczy swoich córek, nie pali i nie kamienuje swoich żon.
Za to, że nie dałeś sobie tym razem wmówić, że wiesz lepiej czy i jak socjalizować Arabów. Że nie uwierzyłeś, że św. Franciszek przekonał wilka do wegetarianizmu.

„W telewizji pokazali wczoraj kości chudych dzieci
zastrzelonych pod Nairobi, pokazali świeże groby.
Świeże groby zawsze wzruszą, niezależnie gdzie kopane

Gdy porosną wyjdzie na jaw kto szczuł i co było grane.”(2)

(2) Jacek Kleyff - Telewizja

niedziela, 6 września 2015

Apel Świeckiej szkoły


Wzywamy wszystkie organizacje społeczne i wszystkich obywateli dobrej woli do tego, żeby przyłączyli się do obywatelskiej koalicji „Świeckiej szkoły”.
Jesteśmy świadkami ideologicznej i politycznej ofensywy Kościoła, której konsekwencji sobie jeszcze w pełni nie uświadamiamy. Jej celem jest władza. Nie w wymiarze duchowym, ale zupełnie doczesnym.
Kościół, nie chce już z władzą negocjować (na czym po wielokroć ogromnie zyskiwał, by przypomnieć tylko niesławną Komisję majątkową). Kościół chce stać się jedynym prawomocnym podmiotem, decydującym zarówno o sferze publicznych wartości jak i indywidualnych życiowych wyborach obywateli RP. Cel ten osiąga przy pomocy uległych mu polityków. Prawo może być wciąż formalnie stanowione przez sejm, ale dyktowane będzie przez Episkopat.
Ostatnie miesiące są dowodem na to, że zachodzące na scenie politycznej zmiany hierarchia kościelna postanowiła wykorzystać do „zaostrzenia kursu”. Brutalność interwencji Kościoła w spór polityczny przypomina tę z początku transformacji, ma jednak miejsce w zupełnie innych realiach społecznych. Swój autorytet, pochodzący z oporu wobec autorytarnego systemu, w wolnej Polsce Kościół rozmienił na drobne.W PRL-u Kościół był ze społeczeństwem przeciwko władzy, dziś jest z władzą przeciw społeczeństwu.
Groźby ekskomuniki wobec posłów, którzy wyłamią się z głosowania zgodnie z zaleceniami Kościoła, wielka, na szczęście nieskuteczna, kampania Kościoła przeciwko uregulowaniu in vitro, w której sięgano po absurdalne argumenty o „zdradzie wartości Powstania Warszawskiego”, jednoznaczne zaangażowanie po jednej ze stron politycznego sporu – to wszystko świadczy o tym, że Kościół katolicki chce wykorzystać zmianę koniunktury na scenie politycznej do zwiększenia swoich i tak niemałych wpływów.
Siła grupy interesu, jaką jest Kościół hierarchiczny jest taka, że politycy – po obu stronach barykady –nie tylko nie chcą się mu jednoznacznie przeciwstawić, ale rywalizują w gorliwości o to, kto lepiej realizuje jego interesy. Świadczy o tym choćby oburzająca ignorancją debata w senacie nad ustawą o in vitro i zapowiedzi o jej zmiany przez prawicę, odrzucenie po raz kolejny ustawy o związkach partnerskich, odrzucenie, zaledwie minimalną ilością głosów, projektu całkowicie zakazującego aborcji, czy wypowiedź Prezydenta Andrzeja Dudy o wyższości katolików nad innymi obywatelami Rzeczpospolitej. Po październikowych wyborach te sprzeczne z duchem liberalnej demokracji zachowania parlamentu będą prawdopodobnie wspominane z rozrzewnieniem. Tylko obywatele i organizacje społeczne, mogą sprawić, że nie obudzimy się w kraju, w którym, jak kiedyś, obowiązuje jedynie słuszna ideologia.
Na polityków, także tych z centrum i lewej strony politycznej nie można liczyć. Unikają jak mogą narażania się Kościołowi w niesłusznej obawie, że zniechęcą tym samym swój elektorat. Uważamy, że Polacy są dużo bardziej otwarci niż ich klasa polityczna, a polscy katolicy niż polski episkopat.
Rozdział Kościoła od państwa – podstawowa zasada demokracji – jest potrzebny zarówno państwu jak i Kościołowi. Zarówno katolicy jak i niewierzący powinni dążyć do tego, żeby sumienia ludzkie nie poddawane były prawnemu dyktatowi, a Kościół nie wyręczał się państwem, tam gdzie jest miejsce dla moralnej perswazji. Dążenie do dominacji przez jedną ze stron może doprowadzić do stanu „wojny domowej” i jeszcze silniejszej kontrreakcji w przyszłości. Państwo jest dla wszystkich – wierzących, niewierzących i niezdecydowanych.
Dlatego wzywamy wszystkie organizacje społeczne i wszystkich obywateli dobrej woli do tego, żeby przyłączyli się do obywatelskiej koalicji „Świeckiej szkoły”!
Obywatelska inicjatywa ustawodawcza na rzecz zniesienia finansowania z pieniędzy publicznych dla religii w szkołach jest postulatem umiarkowanym, łączącym wierzących i niewierzących, popieranym według sondaży przez zdecydowaną większość społeczeństwa, a jednocześnie prowadzącym do uporządkowania relacji państwo – Kościół w tym najbardziej newralgicznym obszarze, jakim jest edukacja naszych dzieci. Istnieje też wiele bardziej palących potrzeb w Polsce, na które można przeznaczyć 1,35 miliarda złotych z naszych podatków.
Jeśli do końca września zebranych zostanie 100 tys. podpisów, projekt ustawy trafi do sejmu i zmusi polityków wszystkich opcji do określenia się w kampanii wyborczej: czy są po stronie obywateli, czy po stronie silnej grupy interesu. Sukces obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej byłby pierwszym krokiem w przywracaniu naruszonej równowagi w relacjach państwo – Kościół.
Tylko działając wspólnie możemy postawić tamę upolitycznieniu religii i ureligijnieniu państwa.
Jak możesz pomóc:
Zbierz podpisy. Wydrukuj formularz i projekt ustawy.
Wesprzyj akcję finansowo.
Podpisz się w Twoim mieście.

UWAGA: Cały post został przeniesiony z http://swieckaszkola.liberte.pl/apel-swieckiej-szkoly/

piątek, 4 września 2015

... i po meczu. I przed meczem ;)

Przed meczem:



Taki tam pils za 2.50, przed meczem warto ;)

I połowa:



II połowa:




I jak na boisku, przed meczem, nic wielkiego, wiadomo - oczekiwanie.

I połowa porażka, ale w niezłym stylu, szczególnie pod koniec. Taki tam pszeniczniak, znam kilka lepszych.

II połowa gorycz i nic więcej. Brakło nuty słodyczy na chociaż 1:1. W meczu 2:2. Byłoby super... W piwie 3:3 byłoby ok. Chociaż w tym wypadku nie ma z czego...

Na poniedziałek mam ciekawszy zestaw  :)

I jak na boisku, przed meczem, nic wielkiego, wiadomo - oczekiwanie. I połowa porażka, ale w niezłym stylu, szczególnie pod koniec. II połowa gorycz i nic więcej. Brakło nuty słodyczy na chociaż 1:1. W meczu 2:2. Byłoby super... W piwie 3:2 byłoby ok.
Na poniedziałek mam ciekawszy zestaw :) Jednym słowem - szkoda, bo, mimo wszystko, o remis można było się pokusić. Może 4-4-2 byłoby lepszym ustawieniem. A w browarach - postawić na znane... Tylko o czym wtedy posta pisać? ;) Może o tym, że w piłce ciągle liczą się bramki a nie styl a w piwie odwrotnie? Tak czy siak, po meczu niedosyt, po piwie też hmmm Przepiłbym czymś mocniejszym, ale jutro do pracy hmmm





*zdjęcia zajumane z sieci ;)

środa, 2 września 2015

Dyskalkulator, czyli ślepy zdaje na prawo jazdy...

- Kuźwa, szefie mam dość! Przerzuciłem z 300 CV, rozmawiałem z setką kandydatów, z dziesięciu poddałem testom.
- Jakim znów testom? Mówiłem Ci, że ja będę testował, ty masz zrobić tylko wstępną weryfikację!
- I to zrobiłem, kazałem im przeliczyć powierzchnię kartki papieru A4 z m2 na mm2. W jednym przypadku poszedłem dalej, kazałem policzyć ilość m2 stosu płyt meblowych...
Wszyscy mieli co najmniej maturę.

Taką rozmowę odbyłem z moim pryncypałem dokładnie wczoraj.
Dziś w radio słyszę, że jest pomysł, żeby dyskalkulicy (osoby upośledzone, „chore na matematykę”) nie musiały zdawać matury z matematyki, bo:
„Chorzy na dyskalkulię to często osoby uzdolnione w naukach humanistycznych czy przedmiotach artystycznych. Aby dostać się na studia na tych kierunkach muszą jednak zdać maturę z matematyki, co jest niemal niemożliwe.”1
„Wdrażanie takiemu uczniowi wiedzy matematycznej to jak wtłaczanie kamienia pod górę - stwierdza Lech Sadowski. - Maturzysta, u którego stwierdzono ewidentną dyskalkulię, na różnych etapach rozwoju, powinien być zwolniony z egzaminu z tego przedmiotu.”2
I dalej...
„Dyskalkulik nie potrafi dodawać, odejmować, mnożyć ani dzielić. Przypadłość ta przekłada się na problemy w życiu codziennym. Chory na dyskalkulię nie potrafi policzyć liczby przystanków ani odczytać godziny na zegarku tarczowym. Nie zdaje sobie też sprawy, że tysiąc jest mniejszy od miliona. Jak tłumaczą psychologowie, choroba ma swoje źródło w genach. Zaburzenie zdolności matematycznych mają powodować nieodwracalne zmiany w mózgu.” 3
Nie będę dyskutował z psychologami. Dziś jest to choroba, kiedyś to było lenistwo lub tępota.
Czyli dyskalkulia (dysgrafia, dysleksja) to choroby. W tych najcięższych przypadkach utrudniające (uniemożliwiające chyba nie?) samodzielne życie. Bo chyba trudno w dzisiejszych czasach żyć nie potrafiąc liczyć?
Skoro są to choroby, to powinny być leczone. I nawet jeśli jest to „wtaczanie kamienia pod górę” to jest to wykonalne i przynosi efekty. Mniejsze lub większe, ale przynosi, nawet jeśli „jest niemal niemożliwe”. Zdanie dzisiejszej matury na 30% to śmiech na sali. I piszę to mimo tego, że moja osobista córka podchodziła do matematyki 2 razy. Jeśli ktoś nie jest w stanie tego zrobić, to SIĘ NIE NADAJE. BO NIE KAŻDY musi mieć maturę. Jeśli Jankowi Meli udało się zdobyć Kilimandżaro i oba bieguny, to można. Tylko trzeba naprawdę chcieć zamiast zasłaniać się zaświadczeniami i zwolnieniami. Trzeba pracować, pracować, pracować, 3 razy więcej, może 10 razy więcej. Trudno. Natura nie jest sprawiedliwa, geny rozrzuca jak się jej żywnie podoba. Ja też wolałbym mieć lepszą mieszankę.

"Osoby z dyskalkulią mogą mieć uzdolnienia plastyczne, humanistyczne. Tylko nie mogą studiować bo nie mają matury." Mają za to talent!
Otóż informuję autorów pomysłu o zwolnieniu dyskalkulików z matury z matematyki, że aby zostać wybitnym artystą studia nie są potrzebne. Naprawdę. Wystarczą dwie rzeczy, ziarno talentu i praca, praca, praca... Trzy – jeszcze chcenie, ani matematyczne ani humanistyczne, takie zwykłe chcenie.


2tamże

3tamże

sobota, 27 czerwca 2015

Józef K czyli rzecz o podatkach



Walenie do drzwi obudziło mnie w środku nocy. To znaczy myślałem, że to środek nocy, dopóki nie otworzyłem oczu. A nie chciałem ich otworzyć, bo miałem jakąś nadzieję, że to ciągle sen.
Agnieszka oczywiście już nie spała i kiedy usłyszałem jej „wstawaj”, wiedziałem, że coś się stało. 
Nim jednak otworzyłem oczy, usłyszałem męski głos.
- Pan Józef K?
- Co?
- Gówno.
- Nie! - krzyknąłem, siadając na łóżku - jestem Zbigniew Z!
- Akurat. Proszę wstać, ubrać się i nie robić problemów. Po co? A pani przygotuje co tam trzeba na kilka dni nieobecności. Bo raczej będzie trzeba go odwiedzać.
- Ale o co chodzi? - zapytałem jak chyba miliony ludzi przede mną, wyciągnięte wcześnie rano z łóżka przez umundurowanych facetów.
Stałem w gatkach na bosaka przed facetem ubranym po cywilnemu. Że jest z policji świadczyła niezbicie blacha włożona okładką do kieszeni koszuli. Dwóch ubranych w czarne uniformy olbrzymów z żółtym napisem „Policja” nie zostawiało wątpliwości, że to nie może być pomyłka. Tylko to była pomyłka. „Moja żona miała na drugie Pomyłka.” - przypomniałem sobie nie wiedzieć po co cytat z „Kilera”. Ale kim był jeszcze jeden facet po cywilnemu, nie wiedziałem.
- Jest pan zatrzymany na polecenie prokuratora w związku z podejrzeniem o przestępstwo skarbowe polegające na unikaniu płacenia podatków. Andrzej, możesz sprawdzać.
Drugi facet po cywilnemu poszedł do kuchni. Słyszałem jak otwiera szafkę pod zlewem i wyciąga kosz na śmieci. Zaszurało, więc na podłogę wysypał frakcję suchą. Kiedy się ubierałem, słyszałem jak czegoś szuka.
- Czego pan szuka? - zapytała Agnieszka.
- Paragonów, metek, potwierdzeń płatności...
- Tu w koszyczku! - krzyknąłem do faceta w kuchni. A temu, który stał przy mnie wskazałem palcem na koszyczek, stojący na regale przy łóżku.
- O! dziękuję! - powiedział - pomoc i przyznanie się na pewno ci pomogą!
Facet z kuchni zostawił śmieci i podszedł do nas. Zawartość koszyczka wysypał na stolik i zaczął segregować.
- Świetnie - powiedział po kilku minutach - cały rok i nawet trochę więcej! Tego szukaliśmy.
- Jest pan zatrzymany - znów wrócił do „pan” - proszę założyć buty i idzie pan z nami.
- Skuwamy? - zapytał jeden z mundurowych.
- Nie ma potrzeby, prawda? - zapytał mnie „mój” cywil.
- Prawda - powiedziałem.

***

- Imię, nazwisko, adres, miejsce pracy.
Podałem dane.
- To nie jest pan Józefem K?
- No nie, przecież mówiłem wczoraj temu, co mnie z domu wyciągnął.
- Nie wyciągnął tylko zatrzymał i doprowadził - poprawił mnie prokurator cały czas wklepując moje dane do komputera.
- Jest pan oskarżony o unikanie opodatkowania, to jest o złamanie paragrafu 1224 kodeksu karnego podatkowego.
- Co to? Ja przecież płacę podatki.
- Tak, ale za mało - podniósł z biurka kodeks i po otworzeniu w miejscu włożenia zakładki zaczął czytać - „Kto prowadząc przedsiębiorstwo lub nim kierując  zawiera transakcje mające na celu unikanie podatków bądź płacenie niższych, podlega karze pozbawienia wolności do lat 5 oraz grzywnie w wysokości niezapłaconego podatku powiększonego o 50 do 200 procent”.
- Ale ja nie prowadzę przedsiębiorstwa!
- Ale patrząc po rachunkach jest pan przedsiębiorczy. Wiedział pan gdzie jechać, gdzie kupić taniej, bo promocja czy wyprzedaż. Prawda?
- Ale...
- Nie ma ale. Gdyby kupił pan te rzeczy, na które znaleźliśmy paragony i metki w normalnych sklepach za ich prawidłową wartość, to zapłaciłby pan ponad pięć tysięcy więcej. I wzbogacił budżet o dokładnie 1230 zł.
- Ale...
- Ale zamiast wzbogacić, to pan zubożył.
- Ale... Nie wiem co, ale... Ale - przypomniałem sobie - przecież każdy tak robi! Pan pewnie też kupuje bułki tam, gdzie tańsze!
- Ale ja nie patrzę na to czy są tańsze, tylko na to, czy są lepsze! A tańsze może są, tylko tańsze przy okazji - mrugnął do mnie znacząco okiem.

***

- Proszę przeczytać i podpisać - polecił mi następnego dnia.
- Ale ja nie jestem Józef K! Jestem Zbigniew Z.
- Proszę przeczytać do końca i podpisać a na końcu wpiszemy uwagi.
- Przeczytałem, chciałbym tylko wnieść zastrzeżenie, że nie nazywam się Józef K!
- Jeśli wniesie pan uwagi, to będziemy musieli je wyjaśniać a to trochę potrwa no i nie będzie pan mógł dobrowolnie poddać się karze. Dziś pan też nie wyjdzie i do pracy trzeba będzie donieść o zatrzymaniu. A na tym chyba panu nie zależy? Warunki są chyba do zaakceptowania, są pod protokołem, proszę rzucić okiem.
Rzuciłem. Rzuciłem i wiedziałem, że mogę być Józefem K., Józefem G, a nawet B. Mogę być Józefem na dowolną literę.
Bo od góry kartki był wniosek o areszt na kolejne 6 miesięcy a w połowie wniosek o dobrowolne poddanie się karze.
„ Ja, Józef K. przyznaję się do zarzucanych mi czynów w całości i proszę o karę grzywny w wysokości 1230 zł powiększonych o 50% odsetek karnych”

Podpisałem Józef K. Lublin, 31 czerwca 2016 r.

Aaaa... jeszcze rachunek tu jest numer konta, można wpłacić też w kasie.
Spojrzałem:
1.     koszt zatrzymania i rewizji – 4 osoby – 6.000 zł
2.     koszt aresztu – 2 doby – 5000 zł
3.     koszt postępowania i czynności prokuratorskich – 10000 zł

- To to jest płatne? A moje podatki? - zapytałem jak ostatni głupek.
- A trzeba było je płacić. Przecież nie będziemy pracować za darmo - odpowiedział prokurator - zresztą chyba pan nie może narzekać. Zatrzymanie w sobotę na dwie doby, dziś pan jeszcze zdąży do pracy. Na 9.00? To możemy podwieźć. Gratis.
- Nie, dziękuję, pójdę pieszo.
- Nie ma za co i do zobaczenia.

  ***

- Nie może braknąć pieniędzy dla najuboższych! - grzmiała w radio premier Szydło - a jeśli braknie, to my je znajdziemy! Znajdziemy w kieszeniach zagranicznych koncernów, bankierów a i rodzimych złodziei! My dotrzymamy naszych wyborczych obietnic!


czwartek, 11 czerwca 2015

Po siódme nie kradnij, czyli wiara czyni cuda...

- Dzień dobry - powiedział prokurator, proszę usiąść.
- Szczęść Boże - odpowiedziała kobieta siadając niezręcznie na krzesełku. Zresztą trudno się dziwić jej niezdarności. Ciężko jest siadać z gracją, kiedy ma się skute ręce. Prokurator to zauważył i wzrokiem polecił policjantowi, który przyprowadził kobietę zdjęcie jej kajdanek.
- Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, stan cywilny...
Dane personalne znalazły się szybko na ekranie laptopa. Po wklepaniu „panna” prokurator rzucił okiem na kobietę. Całkiem niebrzydka, zadbana, dyskretny makijaż maskował drobniutką sieć zmarszczek w kącikach oczu. Nie wygląda na te 50 lat - pomyślał.
- Miejsce pracy - kontynuował, chociaż doskonale wiedział.
Jednak kiedy padła odpowiedź - Ministerstwo Sprawiedliwości - poczuł się trochę nieswojo. To mój pierwszy „klient” stamtąd, pomyślał i ponownie rzucił okiem na kobietę. Jakoś, mimo kilku lat samodzielnego prowadzenie spraw, nie mógł czasem zrozumieć motywów działania swoich podejrzanych. Bo przecież jako pracownica ministerstwa zarabiała całkiem dobrze, nawet jak na warunki stolicy.
- Jest pani oskarżona z art. 230 i 230a kodeksu karnego to jest o płatną protekcję. Jest pani oskarżona o to, że powołując się na znajomości w swoim miejscu pracy może pani pomóc załatwić rewir komornikowi, pozytywnie załatwić odwołanie od wyników egzaminów na aplikacje itd... Proceder ten objął 22 osoby w ciągu ostatniego roku. Zeznania tych osób znajdują się w segregatorze i może się pani z nimi zapoznać.
- Nigdy nie powiedziałem, że mam jakiekolwiek znajomości w jakimkolwiek ministerstwie! - powiedziała dobitnie kobieta. - Mówiłam tylko, że jestem w stanie pomóc załatwić pewne sprawy, nigdy nie mówiłam jak i zawsze zaznaczałam, że wszystko w rękach Boga! I proszę zaznaczyć, że prawie połowie osób, które pan wyczytał, oddałam co do złotówki pieniądze.
- Rzeczywiście. Zawsze oddawała pani pieniądze, jeśli sprawy nie udało się pani załatwić - rzucił prokurator - ale w siedniu sprawach jednak wzięła pani pieniądze. Z kim się pani nimi dzieliła?
- Z nikim! Połowę zostawiałam sobie a połowę oddawałam Panu Bogu!
- Jak! - krzyknął całkiem zbity z tropu prokurator.
- Zwyczajnie, do skarbonki w kościele, zawsze w innym, żeby było sprawiedliwie.
- Ale dlaczego?
- Jest pan prokuratorem a nie rozumie tak podstawowych rzeczy? Przecież to oczywiste. Kiedy wymodliłam u Pana Boga pozytywne załatwienie sprawy to chyba wypadałoby się z nim podzielić gratyfikacją? A kiedy Pan Bóg stwierdził, że nie chce albo nie może pomóc, to i moja modlitwa nic nie pomogła. Więc trzeba było oddać pieniądze. Uczciwość tego wymaga. Prawda?
- I co ja mam z panią zrobić? - bardziej siebie, niż kobietę zapytał prokurator zaskoczony takim tokiem rozumowania.
- Wypuścić i przeprosić. To chyba oczywiste? Przecież z Panem Bogiem pan nie wygra a w TV Trwam leci cykl o współczesnych, polskich męczennikach za wiarę. Naprawdę chce pan, byśmy wspólnie w nim wystąpili? A zresztą jeśli jakikolwiek sąd skarze mnie za moją wiarę i przekonania, to mój prezydent i tak mnie ułaskawi...




wtorek, 26 maja 2015

Cisza po burzy czyli post po ciszy

Tekst, który miał się nie ukazać, bo dopadła mnie cisza wyborcza przed pierwszą turą. Ale szkoda mi go, zresztą, jesli go trochę luźniej odczytać, to pewnie będzie jeszcze długo aktualny. Niestety...

Cisza rzecz ważna. Lubię ciszę byle nie za cicho. Bo w taką ciszę to różne myśli człowiekowi przychodzą do głowy… „A gdy zdejmę kapelusz  którejś letniej niedzieli…” tak sobie leci cichutko w ciszy-nie-ciszy.
Kapelusz zdjąłem już dawno, więc cisza mi nie straszna.  Cisza jest nawet fajna byleby coś w niej grało.
Dobrze, że w wyborach prezydenckich wybieramy jednego, bo gdyby dwóch, to znów „do tanga trzeba PSLu”.
Gdybym nie oglądał ostatniej debaty, to głosowałbym na pana Tanajno z Demokracji bezpośredniej. Ale oglądałem, więc jeśli polska demokracja bezpośrednia tak ma wyglądać, to ja wysiadam.
Głosowałbym na panią Ogórek, ale nie pokazała cycków, więc też odpada. Pan Kukiz występował chyba na wszystkich wcześniejszych konwencjach wszystkich wcześniejszych kandydatów. Więc się z nim zgadzam co do jednego - nie ma na kogo głosować. Ale to nie znaczy, że oddam głos na niego. Prędzej na sarenkę. Albo na cycki. Że nie kandydują? To sobie dorysuję. Na Dudę? Kuźwa ten z Solidarności mi wystarczy, Wystarczający burdel robi. A burdel do kwadratu? Ja dziękuję. Dosyć mam też  sukienkowych łażących mi pod oknem. No i bardzo lubię moją in vitro siostrzenicę i dałbym w mordę każdemu, kto ją o cokolwiek pomawia.
Z tzw. kato-prawicę mi też nie po drodze. Wystarczy, że wszystkiemu winni są cykliści. A tych ostatnio w KULowie przybywa. Moim zdaniem sukienkowi są winni bo są – rozumowanie prostackie?  I owszem. Na wybory wystarczy.
A… Winni są jeszcze Żydzi i masoni. Jak spotkam jakiegoś masona, to mu w pysk tylko jak ja go rozpoznam? Jak oni rozpoznają kto mason, kto Żyd a kto rdzenny, rodowodowy Polak? Żydowi zresztą  w pysk nie dam – jeszcze odda? Wszak on nie czytał słów o drugi policzku. Wiem, większość rdzennych Polaków też nie, ale co z tego?
A swoją drogą, tak na serio, czy gdybym miał bloga na serwerze w np. USA to cisza wyborcza nie obowiązywałaby mnie? Z tego co wiem, to nie. Bo „krwi i honoru” żaden prokurator ścignąć nie może. Ze mną póki co byłoby łatwiej. Wszak jestem na miejscu.

Ciężkie czasy dziwne czasy Panie mój piec zostawić przyszło niewygasły
wdziać wędrowny strój i kapelusz pełen myśli nieść na głowie uroczyście
ciężkie czasy dziwne czasy Panie nasz
Moja twarz to najwierniejsza z twarzy
zrobię Panie wszystko co rozkażesz
zrobię wszystko co ci do łba strzeli
wybacz tylko że się nie pokłonię
głowy przecież nie mogę odsłonić
bo gdy zdejmę kapelusz pewnej letniej niedzieli
to wylecą wściekłe myśli już wtedy na mnie nie licz.

Zespół Pod budą